Dear Friends

DF 49 - Meldunek z Nowego Lasu

Pazdziernik 2008

Drodzy Przyjaciele,

Jakis czas temu jeden z dziennikarzy spytal mnie, co robie w wolnym czasie. Przez kilka ostatnich lat pracowalem pod przykryciem jako korespondent wojenny, choc do chwili obecnej nie korespondowalem z nikim ze wzgledu na delikatnosc sytuacji. A wiec tak...

Meldunek z Nowego Lasu

W jedenastym wieku na bagnistym obszarze nieopodal poludniowego wybrzeza Anglii krol William I utworzyl Nowy Las. Byl to nie lada szok dla rodu Moczarskich, ktorzy dotychczas rzadzili sie samodzielnie na tych terenach.

Zazwyczaj drzewa genealogiczne rozgaleziaja sie w pierwszym pokoleniu na dwa plemiona. Kiedy w niezwykle krotkim czasie doszlo do owej separacji, nowe plemiona zmuszone byly szybko dostosowac sie do nowych warunkow.

Dzikie, dziewicze ziemie staly sie domem dla Janowcow, po ktorych nazwe otrzymal jeden z krzewow, i wokol ktorych ci skoncentrowali trudy przetrwania. Za dnia Janowcowie zyli na otwartych wrzosowiskach, jezdzac na kucykach, jedzac kroliki i odziewajac sie w skory. Noca i w czasie zacmien slonca chowali sie w krzakach, gdzie niebawem zapadali w sen. Ich zycie bylo od samego poczatku dosyc niewygode. Klujacy schowek ulatwial jednak przynajmniej wylapywanie krolikow. Te zas bylo trudno schwytac jezdzac na koniach, a jelenie okazaly sie zbyt niesmiale do takich potyczek. Kroliki jedzono na surowo, a laczone cierniami skory sluzyly jako bardzo cieple odzienie. Chronily takze skutecznie przez atakami zimna.

Pomylkowscy zajeli drzewa i zyli z zaskakiwania podroznych. Mieli znacznie wieksze poczucie humoru, a ich cienisto-iglasto-lisciasty swiat wypelnialo wiecej mistyki. Zywili sie orzechami i jagodami, nosili koraliki i palili kore wierzby, aby nie czuc bolu ani glodu i zeby moc glebiej zanurzac sie we wspomnieniach. Znali ogien i byli wysmienitymi gawedziarzami, wielbiac szczegolnie historyczne opowiesci o wielkiej odwadze. Fakty byly zmieniane i wyolbrzmiane dla kazdego nowego pokolenia. W efekcie czyny przodkow nabraly tak bardzo Homerycznych wymiarow, ze skupiano sie glownie na demonizacji Janowcow, wysmewanych i okreslanych jako sceptykow drewna, wielbicieli kroliczkow czy niedomytych obcokrajowcow.

W okresie, kiedy sformowano Komitet Zdrowia i Bezpieczenstwa, ktorego tworcami byli najmniej utalentowani i odwazni Pomylkowscy, rod niemal calkowicie wymarl. Komitet uznal bowiem, ze drzewa sa niebiezpieczne - w kategoriach: Wpadanie na i Spadanie z. Dlatego tez nakazano wszystkim spac w lozkach przez caly dzien i cala noc, aby nikomu na pewno nie zdarzyla sie zadna krzywda. Rod uratowalo kilku nieposlusznych Pomylkowskich, kiedy zdali sobie oni sprawe, ze dziecko Pomylkowskie musi spasc z drzewa, aby w wyniku uderzenia zaczal pracowac jego mozg. Powolano niezwlocznie komitet, ktory spalil czlonkow Komitetu, pokazaujac jak bardzo stanowczy potrafia byc Pomylkowscy, jesli tylko zostano do tego zmuszeni.

Co ciekawe, plec Pomylkowskich okreslala sie dopiero w wieku dojrzalym. Co roku grupki mlodych spedzaly tydzien poza domem w towarzystwie rowiesnikow. Dzieci mialy duzo dobrej zabawy, tym bardziej, ze odbywala sie ona bez opieki starszych. Palono fajki pokoju, robiono koraliki i podejmowano decyzje co do orientacji seksualnej. Wiele z nich nie mialo w tej kwestii zdania i pozostawalo neutralnymi. Wiekszosc wracala z wyprawy z pokojowym nastawieniu do zycia.

Co najwazniejsze, zadne z dzieci nie bylo naciskane przez doroslych, zeby uscislic orientacje. Dzieki temu zadne z nich nie wstydzilo sie tez swojej nagosci ani baraszkowania podczas wiosennego zrownania nocy z dniem. A kiedy zywot koregos z Pomylkowskich dobiegal konca, oddawano wowczas hold Jeffe, Jedynemu Prawdziwemu Bogu i wypijano wiadra pitnego miodu. Miod ten byl bardzo mocny, bardziej niz jego pozniejsze odpowiedniki. Skladal sie z miodu i moczu wiewiorki-dziewicy - obie ingrediencje byly bardzo trudno osiagalne. Zaznajomienie sie ze wspanialym napojem bylo czescia obrzedu przejscia w doroslosc kazdego mlodego Pomylkowskiego.

Janowcowie nie rozkoszowali sie wyolbrzymianiem swoich losow. Ich zycie bez tego bylo bardzo trudne. Szczegolnie dotkliwie przechodzili zimy. Brakowalo drewna na opal, a na dodatek czesto gubili rozpalke. A poniewaz najbardziej obawiali sie kpin ze strony sasiadow, trzymali sie z dala od lasu.

Niedawno, wyczuwajac nadciagajacy kryzys, obie strony poprosily mnie o przyjecie roli rozjemcy. Cieszylem sie ich zaufaniem, a dla zachowania neutralnosci owinalem na szyi perkalowy szal, ktory nabylem w Lebanonie w 1966 czy 1967 roku. Obie strony reprezentowalem z dokladnoscia i zaangazowaniem. Niestety, moja role adwokata diabla zaklocaly co jakis czas klotnie fanatykow i krepujace dyskusje dogmaty. Na koncu okazywalo sie, ze obie strony sa jeszcze bardziej poroznione niz na poczatku rozmowy.

W koncu doszlo do odizolowania sie obu plemion. Endogamia i ignorancja nie sa sposobem ani na rozwoj, ani na przetrwanie czy - wreszcie - dominacje. Brakujace ogniowo w lancuchu ewolucyjnym Darwina to supremacja.

Jeszcze w okresie pokoju przypomniano mi, ze juz teza starozytnych Grekow (zdolniachy!), a potem Karola Darwina, mowiaca o tym, ze celem czlowieka jest przetrwanie, okazala sie niewystarczajaca. Do pewnego momentu Darwin ma racje. Slabe osobniki ewoluuja, aby dopasowac sie do otaczajacych je warunkow, albo podporzodkowuja sie silniejszym gatunkom w celu przetrwania. Celem ostatecznym jest jednak supremacja. To sprawia, ze funkcjonujemy.

Terytorium czy ideologia? - Wolny wybˇr. W naturze czlowieka lezy potrzeba walki w imie wlasnego sposobu na zycie. I nic od czasu starozytnych i biblijnych prawd nie zmienilo sie w tej kwestii. Cel ten przyswiecal okresom najwiekszych wojen. Jest tak i teraz w dobie informacyjnej pozywki serwowanej przez Sky News.

Podobnie stalo sie w przypadku Pomylkowskich i Janowcow. Zanegowali wspolne korzenie i zrezygnowali z pokoju. Poroznienie obu stron siegnelo juz zbyt gleboko. Niezaleznie od tego, srodowisko, w ktorym zyja znowu ulegnie kiedys zmianie - albo za sprawa Matki Natury, albo przy okazji decyzji rzadu o zaoraniu calego lasu. Nie korzystajac ze wsparcia drugiej strony oba plemiona niechybnie wygina. Bedac swiadkiem malejacych nadziei na porozumienie, zdalem sobie sprawe, ze obie strony faktycznie predzej zgina niz sie zasymiluja.

Co wazne, moze do tego dojsc wczesniej niz im sie wydaje. Probojac po raz ostatni pojednac obie strony, zasugerowalem przeprowadzenie wyborow. Pomyslalem, ze idea demokracji moze przyniesc pozytywne efekty i przeslonic nieporozumienia. Wyjasnilem wszystkim, ze dotychczas wzor ten sie sprawdzal i dobrze funkcjonowal. Grupa liderow miala reprezentowac calosciowy elektorat i rzadzic przez okreslony czas, podczas gdy ci, ktorzy przegrali akceptowali wole wiekszosci i godnie czekali na swoja kolej, aby w pokojowy sposob przekonac elektorat do swoich racji.

Poczatek byl bardzo obiecujacy. Obie strony wykazaly sie dobrymi intencjami wystawiajac rozsadnych kandydatow. Kiedy jednak sprawa zainteresowaly sie media, zawrzaly werble i fanfary, a kampania zaczela zyc wlasnym zyciem. Powtarzalem, ze nie trzeba wcale badac kazdego ziarna piasku, aby rozpoznac roznice pomiedzy pustynia a plaza. Tak czy owak, trwa to juz dobre dwa lata. Wszyscy stracili zainteresowanie i zapadli w swoisty sen, z ktorego chyba juz sie nigdy nie obudza.

W swoich zamykajacych niekonczcace sie wystawpienia mowach obie strony zapewniaja o zwyciestwie w imie Najwyzszego.

Pozdrawiam,

Ian Gillan

Copyright © Ian Gillan 2008

Powrot do:
return to DF index